(...) W żółtawym świetle
jarzeniowych lamp krew na rękach dziewczyny wyglądała na czarną
jak smoła. Z jednej strony kontrastowała w ten sposób z
bladością skóry, z drugiej nieregularne bryzgi zdawały się
pasować do tatuaży pokrywających szczupłe ramiona, jeszcze przed
chwilą skrywane pod eleganckim czarnym żakietem. Kilka metrów z
tyłu, w powiększającej się z sekundy na sekundę kałuży krwi,
leżał, pojękując, atletycznie zbudowany mężczyzna, z głową
wykręconą pod nienaturalnym kątem, daremnie próbujący
powstrzymać rękami wnętrzności wylewające się z rozciętego
brzucha. Spod rozchylonej poły marynarki wystawała rękojeść pistoletu
maszynowego, bezczynnie tkwiącego w kaburze. Ciało drugiego
mężczyzny spoczywało nieco dalej, w przejściu prowadzącym w
stronę windy. Zza zaparkowanego tam samochodu wystawały tylko jego nogi
w brązowych pantoflach. Prawa stopa drgała spazmatycznie, drapiąc
obcasem betonową posadzkę. On również nie zdążył dobyć
broni.
Podziemny
parking zamienił się w jatkę.
W swoim życiu Matsu widział niejedną śmierć. Jak każdy tokijski yakuza traktował trupy
niczym stopnie na schodach wiodących w stronę kariery: musiał po
nich kroczyć, żeby dostać się na szczyt. Zabójstwa, nawet
najbardziej okrutne i krwawe, nie wywierały na nim żadnego
wrażenia. Mimo to był teraz jak sparaliżowany. Bezradnie stał nieruchomo z szeroko
otwartymi oczami i drżącymi kolanami, oparty plecami o drzwi
limuzyny, z przerażeniem wpatrując się w stalową klingę
wymierzoną w jego stronę. Cienki papieros ze złotym ustnikiem,
którego nie zdążył zapalić, wypadł z wpółotwartych,
zmartwiałych ust i potoczył po szarym betonie w stronę zabójczyni,
prosto pod jej stopy.
Przez moment
oboje spoglądali sobie w oczy. Gangster spodziewał się zobaczyć
uśmiech tryumfu i satysfakcji, ale ku jego zaskoczeniu, dziewczyna
nie uśmiechała się wcale. Przeciwnie: była spokojna i skupiona, a
w czarnych jak węgiel oczach nie kryło się nic poza chłodną,
profesjonalną obojętnością. „Już po mnie!” – zawył w
duchu, obserwując, jak smukłe dłonie przesuwają się wolno na
rękojeści miecza. Kiedy zakrwawione ostrze złowieszczo uniosło się w górę,
zrozumiał, że jeśli w tej chwili nic nie zrobi, to w następnej będzie trupem. Gdyby tylko udało
mu się sięgnąć pod pachę, gdzie w kaburze tkwiła
półautomatyczna Beretta! Wystarczyłby jeden ruch...
– Poczekaj, pogadajmy – wychrypiał
przez suche jak popiół gardło, próbując odwrócić uwagę
zabójczyni. – Nie wiem kto ci zlecił tę robotę, ale obiecuję,
że zapłacę dziesięć razy tyle! Chcesz pieniędzy? Powiedz, ile!
Milion? Dwa? Więcej? Dam ci...
Widział, że to na nic, że w ogóle
go nie słuchała, ale wtedy zdarzył się cud w postaci
charakterystycznego dzwonka otwierających się drzwi windy. Ktoś właśnie zjechał do garażu! Wzrok dziewczyny powędrował w bok zaledwie na
ułamek sekundy, ale to wystarczyło. Żaden samurajski
miecz nigdy nie będzie szybszy od kuli. Gangster błyskawicznie sięgnął za pazuchę, wyprostował rękę i bez celowania, bo z tej odległości
nie sposób było chybić, nacisnął spust i... nic się nie stało. Pistolet nie wypalił. Nie zdążył.
Niczym na zwolnionym filmie zaskoczony
Matsu zobaczył, jak jego dłoń zaciśnięta na rękojeści
pistoletu na moment zawisa w powietrzu, po czym ulatuje w bok,
gładko odcięta od przedramienia. „Nic nie boli” – zdumiony zdążył pomyśleć, zanim następny cios zdjął mu głowę z karku.
(...)”
(ilustracja: Hideyoshi Ruwwe)
